niedziela, 7 lipca 2013

Rozdział 2

Stał przed lustrem. W ręku trzymał swoją ukochaną butelkę whisky. Przez szparę w zasuniętych firankach przedzierały się promienie słońca. Louis czuł jakby wypalały dziury w jego skórze.
-I znów zacząłem pić. - mówił sam do siebie- Nie wiem co ze mnie wyrośnie... -wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze- jestem skończonym dupkiem, wiem, ale nie wiem co z tym zrobić.
- Ja Ci w tym nie pomogę-powiedział aksamitny głos Bo dochodzący spod drzwi.
Louis rzucił w pół pełną butelkę trunku na ziemię, a ta rozprysnęła się po całym salonie. Zaczął biec w kierunku głosu. W końcu ją ujrzał. Po jego policzkach spłynęły łzy, łzy szczęścia "czyżby wróciła ?!"
-Przyszłam po swoje rzeczy. - powiedziała, tak szorstko jak umiała.
-Nie!-krzyknął.
-Bo...?- zapytała stojąc w drzwiach sypialni.
-Bo moje życie bez Ciebie nie ma sensu... -nie mógł nic więcej powiedzieć, ponieważ wielka gula uwięzła mu w gardle-p-proszę nie o-odchodź. N-nie rób mi t-tego. - jąkał się.
Po policzkach Bo spływały łzy. Goniły która pierwsza spadnie na jej dekolt. Nie widziała co odpowiedzieć. Nagle zrobiło jej się czarno przed oczami, chciała szybko podejść do kanapy by usiąść lub się położyć. Nie zdążyła. Osunęła się po ścianie na podłogę.
-Bo...?Bo..!Bo!-podbiegł do niej wziął ją na ręce i położył na kanapę. Naglę otworzyła oczy. - dzięki Bogu.-westchnął.
Bo przetarła oczy.
-Czy my nie staliśmy ?-wskazała palcem przedpokój.
-Tak, ale ty .. zemdlałaś ?
- a... tak, zdarza mi się ostatnio to dość często, to od pewnego czasu normalne. Nie przejmuj się. - obdarzyła go uśmiechem i chciała wstać, lecz ręka Louisa ją powstrzymała i wróciła do pozycji leżącej.
- Nigdzie się nie wybierasz. A właściwie to do sypialni. - wziął ją na ręce i przeniósł do sypialni. Położył na łóżku i usiadł na jego krawędzi. - Byłaś u lekarza ?
- Nie..
-Bo.... nie można tak, a jeśli jesteś chora ? Jutro zabiorę Cię do kliniki. Nie próbuj się nawet sprzeciwiać. A teraz może coś zjesz, albo się czegoś napijesz ?
- Woda wystarczy...misiu.
Na twarzy Louisa zawitał wielki uśmiech. "Chyba znów ją mam" - pomyślał.
Kiedy wrócił do pokoju Bo już spała. Kochał patrzeć jak śpi, więc usiadł na fotelu na przeciw niej. Nim się obejrzał minęła trzecia. Bo miała coraz bardziej niespokojny sen. W końcu zerwała się z krzykiem. Lou od razu się zjawił koło niej.
- Już spokojnie kochana. Możesz dalej spać księżniczko. - mówił głaszcząc ją po głowie.
- Zaraz, muszę się napić... -Lou, podał jej szklankę z wodą.
Ręce Bo drżały, wtedy Lou przyłożył jej swoją rękę do czoła. Było rozpalone.
- Bo...
- Tak ?
- Masz jakieś 40 stopni gorączki....
- Coś ty !
- Nie żartuję, leż tu, zaraz przyniosę leki.
Lou wybiegł z pokoju. Po chwili znów się w nim pojawił z fioletową torbą wypełnioną po brzegi lekami. Zaczął w niej grzebać, rozrzucając gdzie popadnie niepotrzebne pudełka.
-Kochanie, daj mi to. Widzę, że nie sprawdził byś się jako lekarz.
Potulnie podał jej torbę.
- Przepraszam, nie mogę się skupić. - schował twarz w dłoniach.
- Lou... coś się stało ?
-Nie..znaczy tak. Po prostu cholernie się o Ciebie martwię. Tęskniłem wiesz ? Narobiłaś mi strachu, a ja nie wiedziałem gzie Cię szukać. Nie mogłem sobie poradzić z myślą, że Cię stracę więc sięgnąłem po mojego kolegę do barku.
-Lou..misiu...wiesz, że ani alkohol czy ćpanie lub robienie sobie krzywdy nie pomoże a zaszkodzi. Przepraszam.
-Nie przepraszaj.
-Ale to ja Cię do tego zmusiłam.
- Nie zmusiłaś, sam wybrałem tę sposób "znieczulenia".
Po jej policzkach spłynęły łzy. Kolejne i kolejne.
- Nie płacz - powiedział ocierając łzy z jej twarzy. - szkoda łez, weź leki i zaśnij. Jeśli by się coś działo będę przy Tobie. Ani na sekundę Cię nie opuszczę.
Bo wyjęła z zielonego pudełka tabletkę i połknęła ją. Następnie podała torbę Lou, a on położył ją zboku.
-A teraz zamknij oczy, zrelaksuj się i zaśnij. Pamiętaj, jeśli by się coś działo będę tu zawsze. Nigdy Cię nie opuszczę. - powiedział i ucałował ją w policzek.


CDN.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz